NOON – Nobody, Nothing, Nowhere

Jedna z moich ulubionych “stajni” muzycznych, Nowe Nagrania, po raz kolejny wypuściła w świat złoto na winylu. Autorem albumu jest diabelsko zdolny producent, dźwiękowy alchemik, a przy okazji założyciel tejże wytwórni, Mikołaj Bugajak, znaczy się Noon.
Lubię mówić o nim, że to człowiek dźwiękowo pedantyczny, w którego muzyce nie ma przypadku. Jest za to plan, wizja oraz jakość, która wylewa się z każdego nagrania.
Poza tym fajne zdjęcia robi 🙂

Generalnie wydaje się, że wypadałoby wytłumaczyć, co to za jeden ten cały Noon. No i można by w sumie tutaj dość przydługawą historie napisać, która równie dobrze zmieściłaby się w słowie “legenda”. Najczęściej jednak ów legendy nie lubią być nazywane legendami, więc napiszę inaczej.

Noon

Mikołaj Bugajak, Noon, to czarodziej, który swoje największe zaklęcie rzucił na polską muzykę hip-hopową i jednocześnie na siebie.
Na muzykę, ponieważ dawno temu wyprodukował płyty dla Grammatika oraz Pezeta.
Zrobił to w taki sposób, taką techniką i z takim kunsztem, że do dziś brzmią jak milion dolarów w monetach wypadający z automatu w amerykańskim kasynie.
Na siebie, ponieważ do dziś jego ulubionym pytaniem, które słyszy od fanów, jest “Kiedy nowa płyta z Pezetem?”.
I możemy się z tego trochę pośmiać.
Ja uważam, że mogę, ponieważ znakomicie wspominam słuchanie “Muzyki klasycznej” i nigdy nie powiem nic złego na obu artystów, profesjonalistów w swoim fachu.

Z drugiej strony Noon to dźwiękowy perfekcjonista, który równie ciężką (jeśli nie cięższą) robotę wykonał podczas pracy nad swoimi albumami studyjnymi. Bleak Output, Gry studyjne, Pewne sekwencje, Dziwne dźwięki i niepojęte czyny…
Nie ważne czy mówimy o samplowaniu setek starych winyli, czy kręceniu potencjometrami w analogowej maszynerii.
Każdy z tych (oraz tych niewspomnianych) projektów to najwyższa półka.
Poza tym Mikołaj to bardzo sympatyczny człowiek, który chętnie się swoją wiedzą dzieli.
Miałem nawet okazję być na warsztatach, na których opowiadał mądre, śmieszne i ciekawe historie.
Szanuję, podziwiam.

Noon mamy to na winylu

Skupmy się jednak na najnowszym albumie artysty, zatytułowanym jakże dźwięcznie Nobody, Nothing, Nowhere. Zanim jednak przejdę dalej, chciałbym tylko podkreślić, że Noon nic już nie musi.
Autentycznie, nic nie musi.
Po wpisaniu w Google “noon”, tylko Google Translator jest wyżej.
Ma swoich wiernych fanów jeszcze z dawnych czasów, jak i tych nowych, którzy dopiero go odkrywają. Ma szacunek w branży oraz znakomity gust, o czym świadczą wydawane przez jego wytwórnie krążki.

Fuzja

Nobody Nothing Nowhere to piękna fuzja na wielu płaszczyznach.
Nie będę rozrywał jej na poszczególne utwory, których mamy tu dokładnie cztery sztuki.
Spójrzmy na nią całościowo.

To fuzja doświadczenia artysty, który z jednej strony zabiera nas na dobrze znany teren.
Bo bit niespiesznie skłania nas do bujania, bardzo przypominając klasyczne, hip-hopowe tempo. Także syntezatory czy różnorakie dźwięki brzmią charakterystyczne dla twórczości Mikołaja. Jednocześnie łączy je z rzeczami nowymi, świeżymi, eksperymentując w niezwykle przystępnym dla ucha kierunku.

Poza Noonem, w nagraniach maczali palce Marcin Awierianow (perkusja), Piotr Połoz (bas) oraz Tomasz Mreńca (skrzypce). Jest to więc także fuzja artystyczna czterech osobowości.
Każdy z nich to znakomity muzyk, więc wspólne koncertowanie oraz praca studyjna stworzyły ogromną synergię. Nobody Nothing Nowhere jest muzycznym świadectwem z czerwonym paskiem, a każdy z muzyków to prymus z szóstką z zachowania.

Poza tym nigdy nie kryłem się z tym, że od czasu płyty Venter jestem wielkim fanem wszystkiego, co wyjdzie spod rąk (smyczka?) Tomka Mreńcy.
Moje zdanie jest niewiele znaczące, ale Panowie… Michael Jordan i Scottie Pippen, Batman i Robin, Kudłaty i Scooby Doo… tak wiele było znakomitych duetów! Sklejcie razem jakiegoś pięknego longplaya 😉

I na koniec fuzja nastrojów. Rzecz chyba najtrudniejsza do zdefiniowania, ale niezwykle wyczuwalna podczas słuchania albumu. I jednocześnie bardzo mocna strona “NNN” – od niepokoju po ekscytacje, od smutku po radość, od chaosu i mroku po uporządkowane, melodyjne “promyki”. Poczułem to wszystko, a to przecież tylko 30 minut! Łatwo jest zrobić zamkniętą tematycznie EPkę, w której wiemy czego się spodziewać.
Tutaj mamy album, który opowiada piękne historie i nie pozwala, abyśmy poczuli się rozczarowani ich przebiegiem.

Do tej pory przesłuchałem tę płytę kilkanaście razy. Nie poczułem ani grama znudzenia.
Dorobek Noona znam chyba całkiem nieźle, zarówno jako producenta solowego, jak i w poszczególnych projektach. Uwielbiam je wszystkie, ale Nobody, Nothing, Nowhere to w mojej ocenie materiał najbardziej dojrzały i satysfakcjonujący.
Dzięki, Mikołaju!

 

Może spodoba Ci się:

VENTER – Venter LP

TOMASZ MREŃCA – Peak

JANKA – Krzyżacy

 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Zapisz się do newslettera, aby zawsze być na bieżąco!

Zero spamu!

Tylko powiadomienia o nowych postach.