TOMASZ MREŃCA – Peak

Słuchanie muzyki w środku nocy ma swój specyficzny klimat. Dźwięki brzmią inaczej, chociaż może lepszym określeniem będzie, że brzmią tak samo, ale “smakują” inaczej. Na płytę Tomka Mreńcy trafiłem gdzieś pomiędzy godziną pierwszą, a drugą. Przeszukiwałem katalog na stronie jednego ze sklepów z winylami i kolejne płyty, które chciałem sprawdzić, otwierałem w nowych zakładkach.
Spędzałem z nimi mniej lub więcej czasu, aż do albumu “Peak”.
Kiedy w słuchawkach rozbrzmiał “Man in the fog” oparłem się w fotelu, zamknąłem oczy i stało się coś, co w moim przypadku nie dzieje się za często – przesłuchałem album bez najmniejszego przewinięcia, od początku do końca, od pierwszego do ostatniego dźwięku.
Byłem nim poruszony, przejęty i zafascynowany jednocześnie.

 

Uczuciowy koktajl

Koktajl przepyszny, żeby nie było, choć składający się momentami z niebezpiecznych składników.
Nie sposób bowiem pominąć fakt, że czułem też niepokój. Złowieszczą atmosferę.
Brudne dźwięki co chwilę walczyły z pięknymi pejzażami, syntezatory momentami przypominały partie rodem z zawieszonego klimatu Twin Peaks, by po chwili, w akompaniamencie trzasków i skrzypiec zaatakować kojącymi ambientami, a następnie rozstrojonymi smyczkami niczym z horroru.

mreńca peak mamy to na winylu

I dalej trzymając się tych porównań, zarówno do Twin Peaks, jak też dobrych horrorów, mamy tu uczucie, które pozostaje w głowie. Nie kończy się wraz z danym utworem, tylko siedzi dłużej, kiełkuje i przypomina o sobie. Przykładowo, gdy pierwszy raz zobaczyłem film promujący album, pomijając jego wizualny majstersztyk, wykorzystany w nim utwór “Viral” bardzo długo brzmiał w mojej głowie:

 

Peak, czyli bałtyckie katharsis

Gdy się nad tym zastanowię, to absolutnie czuję tę niewidzialną nić, która łączy album “Peak” z naszym morzem. Kompozycje powstały nad Bałtykiem i mogę nawet postawić tezę, że album opisuje dokładnie to, jak Bałtyk wygląda. Bo choć wszyscy znamy jego zakrzywiony obraz serwowany przez trzy miesiące w roku, to jego prawdziwa natura jest inna. Bez gofrów i frytek na każdym kroku, bez mas turystów oblegających plaże, bez stoisk z lodami, “śmiesznymi” koszulkami i oscypkiem “świeżym prosto z gór”.

Nie mówię, że to złe, bo wszystko jest kwestią gustu. Tyle tylko, że te trzy miesiące najlepiej obrazują produkcje muzyczne od Pitbulla czy Luisa Fonsi. Tomasz Mreńca przygotował natomiast całkowicie inny obraz, zupełnie odizolowany od tego przedstawionego wyżej.

mreńca peak mamy to na winylu

Bałtyk, który uwielbiam, to Bałtyk zmienny. Bałtyk wiosną, jesienią, zimą. Taki, który w niedzielę lekko chlupie małymi falami, a w poniedziałek trzaska i szumi całą swoją siłą. Taki, który pozwala w ciszy cieszyć się czystym horyzontem przy zachodzie słońca, a następnego dnia zakrywa się mgłą i sprawia wrażenie tylko mojego. Albo taki, który pomiędzy wydzielonymi plażami z ratownikami ukrywa małe, dzikie kawałki brzegu i lasu, niczym nagrody dla tych, którzy chcą go odkrywać.

Dokładnie to samo mogę teraz napisać o płycie Peak, którą Tomasz Mreńca od początku do końca wypełnił prawdziwymi emocjami i pięknymi zakamarkami. Właśnie takie uczucia towarzyszą mi zarówno nad morzem, jak i ze słuchawkami na uszach. Mam wrażenie, że z każdym kolejnym odtworzeniem Peak daje mi coś nowego, co jeszcze bardziej mnie urabia.

mreńca peak mamy to na winylu

Skąd ja to znam?

Nie sposób przegapić charakterystyczne brzmienie, które artysta prezentuje na Peak. Wystarczy chwila, aby usłyszeć nieco znajome dźwięki – przynajmniej dla tych osób, które miały styczność z projektem Venter.
Venter, czyli jeden z moich ulubionych albumów w winylowej kolekcji. Venter, czyli projekt, którego częścią był, obok Tomasza Bednarczyka, właśnie Tomasz Mreńca.
Nie jest to bynajmniej zarzut, bo zupełnie to nie przeszkadza. Tym bardziej, że tam było jednak nieco bardziej tanecznie (choć z wyczuciem), a tutaj mamy materiał bardziej refleksyjny, nieco nawet… filozoficzny? Na pewno czuć dojrzałość, która przypomina o sobie w każdej minucie. Doświadczenie, a jakże, owocuje.

Album Peak pojawił wydany został sumptem znakomitej (ZNA-KO-MI-TEJ) wytwórni Nowe Nagrania, należącej do Mikołaja Bugajaka. Na rynku zadebiutował w marcu, aktualnie mamy czerwiec i jeśli o mnie chodzi, to jest to zdecydowanie jedna z najlepszych płyt, jakie trafiły i trafią w moje ręce w tym roku. Pierwsza trójka bez wątpliwości.

Tak, jeszcze trochę czasu zostało, ale… ja tam swoje wiem 🙂

 

Może spodoba Ci się:

PIOTR BEJNAR – Album

JANKA – Krzyżacy

Kuba Sojka – Odliczanie trwa

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Zapisz się do newslettera, aby zawsze być na bieżąco!

Zero spamu!

Tylko powiadomienia o nowych postach.