SUBMERSE – Are You Anywhere

Jesienny relaks trwa w najlepsze. Ostatni wpis dotyczył solidnej, ambientowej produkcji, a tym razem stawiam na nieco bardziej kojące dźwięki. Taki właściwie pewniak, jak jesienne opady deszczu, kolarskie ucieczki z peletonu czy opóźnienia na PKP – w ciemno możemy przyjąć, że będą.
W przypadku najnowszej płyty od Submerse wiedziałem, że będzie równie dobra, jak poprzedniczki. A przynajmniej zaprezentuje podobną jakość. Gdzieś w głębi wiedziałem jednak, że trudno będzie przeskoczyć debiutanckie Slow Waves. Jak wyszło? Przeczytajcie!

 

Egzotyczny miks

Zacznijmy jednak od obowiązkowej metryczki, skróconej do granic możliwości: Submerse, którego rodzice i rodzina często nazywają także Rob Orme, to młody Brytyjczyk pochodzący z miejscowości Runcorn, a mieszkający obecnie w Tokyo. Tam też urzeczywistnia swoje pokręcone wizje muzyczne, czerpiące z dość wielgachnego wachlarza gatunków: ambient, downtempo, chillwave, j-pop, uk garage czy instrumental. Nowa płyta ocieka także elementami jazzu oraz brzdąkającymi instrumentami klasycznymi.

SUBMERSE - Are You Anywhere - mamy to na winylu

Na wspomnianej wcześniej, debiutanckiej płycie, Submerse mocno się wybił. Nic dziwnego, skoro były tam takie perełki, jak Math. Właściwie to wystarczyło, aby każde nowe wydanie Roba sprawdzać
i za każdym razem cieszyć się jego wizją muzyczną.

 

Muzyczna przyjemność

“Are You Anywhere” to trzeci długogrający album artysty, po Slow Waves oraz Works.
Niemal od pierwszych dźwięków rozpoznamy w nim charakterystyczne brzmienie, które sprawia, że fani poczują się jak w domu. A jeśli ktoś nie jest fanem? Nie szkodzi, też poczuje się jak w domu.
Takim ładnym, przytulnym, z fajnym kominkiem i miękką kanapą.
Jednocześnie nie oznacza to, że płyta jest kopią poprzednich.
Pomysł na nią, jak się wydaje, był nieco inny.

SUBMERSE - Are You Anywhere - mamy to na winylu

Nie traktując o poszczególnych nagraniach z osobna stwierdzam, że tym razem mamy do czynienia z albumem nieco mniej elektronicznym, mniej eksperymentalnym. Dostajemy produkt zwracający się ku klasyce, zwłaszcza tej charakterystycznej dla tzw. “Czarnej muzyki”. Sporo tu dźwięków, które kojarzą mi się z muzyką pop lat 80-tych, ale być może młodzi słuchacze nie zwrócą na to uwagi, a starsi stwierdzą, że to jeszcze starsze źródła. Sporo tu także naleciałości z muzyki R&B i idę o zakład, że gdyby dołożyć tutaj teksty Lauryn Hill czy Faith Evans, to całość byłaby przesmaczna.

Posłuchajcie tylko:

Brzmienie “Are You Anywhere” jest ogólnie bardzo przyjemne. Jest to jeden z tych bezpiecznych albumów, które odpowiadają zarówno fanom gatunku, jak i tym z zupełnie innego bieguna muzycznego. Doskonale się tego słucha w nocy i można dzięki temu stworzyć niezwykle sprzyjający klimat, pełen ciepła, spokoju i harmonii. A do tego wydanie na winylu pięknie wygląda!

Brawo Submerse!

 

Może spodoba Ci się:

JOHN TALABOT – fin

Piotr Bejnar – Album

Cztery albumy, których nie warto przegapić

 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Zapisz się do newslettera, aby zawsze być na bieżąco!

Zero spamu!

Tylko powiadomienia o nowych postach.