WHINEY – Talisman

Błyskotliwy clickbait z wpisu na Facebooku od dłuższego czasu prosił się, by z niego skorzystać.
Hospital Records regularnie wypuszcza na rynek coś ciekawego, więc tylko czekałem na okazję.
Teraz przyszła idealna pora, okoliczności są sprzyjające, jedno do drugiego pięknie pasuje.
Leniwy okres urlopowy wraz z byle jaką pogodą sprawiły, że trudno było ruszyć tyłek, a raczej palce do pisania. Czy można więc zacząć inaczej, niż ostro, z kopyta? Na pierwszy, powakacyjny warsztat idzie solidny album wypełniony, parafrazując wydawcę, parkietowymi rakietami. Oto wydany pod skrzydłami Hospital Records “Talisman”, a producentem jego debiutujący Whiney.

Zacznijmy jednak od słowa o Hospital Records. Generalnie, bardzo to wszystko uogólniając, założona przez Tony’ego Colmana (London Elektricity) i Chrissa Gossa wytwórnia ma w swoich szeregach topowych producentów połamanej sceny: Danny Byrd, Camo & Krooked, Logistics, Nu:Tone, Metrik, Fred V & Grafix czy S.P.Y to tylko Ci najbardziej znani. Ponadto jej odnoga, Med School Music, to miejsce szlifu dla przyszłych gwiazd, z którego to skorzystali choćby Etherwood, Keeno, Rawtek czy właśnie teraz Whiney. Znaczek Hospital czy Med School na okładce płyty jest tym, czym znaczek jakości “Q” na produktach spożywczych.

whiney talisman mamy to na winylu

Whiney, znany bardziej oficjalnie jako Will Hine, to bardzo uzdolniona bestia – jedna z tych, które nie tylko dobrze układają “klocki” w programach muzycznych, ale mają też wyuczone doświadczenie. Bohater tego wpisu gra na pianinie i skrzypcach, śpiewał w chórze i grał w orkiestrze. Muzycznie na scenie drum and bass zadebiutował w 2012 roku, wrzucając swoje trzy grosze do epki “Sweetest Sin”. W późniejszym czasie pojedyncze produkcje trafiały na mniej lub bardziej znane składanki (z tych bardziej znanych: New Blood). Will gustował w brzmieniach pływających, nazywanych po prostu liquid drum and bass, jednak już w swojej własnej (od początku do końca) EPce rzucił się na styl nieco bardziej głęboki i delikatnie mroczny.

Album “Talisman” to doskonałe przypieczętowanie dotychczasowych osiągnięć muzycznych brytyjczyka. Może nie egzotyczny, ale jednak koktajl – trochę liquidu, trochę mroku, nieco śpiewania, a raz po raz mocniejsze uderzenie ze zdecydowanym, silnym zakończeniem. Idealny na deszczowe wieczory, pić schłodzony, najlepiej z oliwką do smaku.

Muzycznie jest to bardzo dojrzały i doskonale zbilansowany projekt. Gdyby nie pewne techniczne ograniczenia (o tym za chwilę) powiedziałbym, że wszystko tu jest ewidentnie dopieszczone.
Na początek dostajemy dość mocny numer – tytułowy Talisman, który jak na tzw. openera, nie jest typowym wprowadzeniem do historii. Większość producentów wrzuciła by go pewnie gdzieś w środek płyty. A tu proszę, niestandardowo!

whiney talisman mamy to na winylu

To, co następuje dalej, nie jest oczywiste do opisania. Oto dochodzi do małej zawieruchy i ograniczenia technicznego, o którym wspomniałem wcześniej. Mianowicie: album Talisman składa się z dwunastu utworów. Zarówno na CD, jak i w formacie cyfrowym. Winyl to niestety obcięta wersja, na której znajdziecie tylko połowę, a więc sześć utworów. Smutek, tak bardzo!
W praktyce temat został rozwiązany tak, że na czarnym krążku znajdziemy trzy pierwsze oraz trzy ostatnie (przedostatnie) nagrania z pełnego albumu. Dla mnie słaba rzecz tym bardziej, że mój faworyt, kawałek “Portal”, na winylu się nie zmieścił.

Oprócz tego, że mamy tutaj połowę materiału, to jeszcze na pierwszej stronie został on nieco przetasowany. Numery 2 i 3 z wydania CD/digi zmieniły swoją kolejność, co nieco psuje moją teorię o początku z mocnym przytupem, który przez kolejne dwa nagrania pięknie się uspokaja. Efektem tego mamy następujące po sobie zryw, zwolnienie i delikatny zryw.

Druga strona zaczyna się utworem “Never too Long”, który Whiney stworzył wspólnie z Keeno. To ten sam Keeno, który był odpowiedzialny za EPkę “Sweetest Sin”, gdzie pierwsze kroki stawiał Will. Jest to typowy, “keenowy” liquid wypakowany partiami pianina, ozdobiony wokalem, przyprawiony trąbeczką i lekkimi smyczkami. Mocny kontrast stanowi dla niego kolejny Last Contact, drumstepowy “banger”, a całość zamyka Rock Hopper, czyli “banger” jeszcze większy, mocno pędzący i dudniący niskimi tonami.

Cały album wypadł bardzo dobrze i gdyby nie “teaser’owa” zawartość winyla, oceniałbym go bardzo wysoko. Tym bardziej gryzie ten fakt, że mniej więcej jednocześnie Hospital wypuścił albumy wspomnianego Keeno, Fred V & Grafix, czy Makoto – wszystkie w wydaniu dwupłytowym, bez ucinania zawartości. Na pocieszenie dodam, że w niedoli Whiney nie jest sam – podobny los spotkał innego artystę ze szpitalnych szeregów: Royalstona.

Może spodoba Ci się:

LEWIS JAMES – Megacholy

Naibu – Corners

Fourward – fantastyczna czwórka

 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Zapisz się do newslettera, aby zawsze być na bieżąco!

Zero spamu!

Tylko powiadomienia o nowych postach.