DEADBEAT – Roots And Wire

Tak się jakoś składa, że ponownie do tablicy przywołany zostanie tzw. Repress. Co zrobić, cóż począć? Ano właściwie cieszyć się, bo oto na winylu pojawił się zdecydowanie dobry materiał, w dodatku niezwykle charakterystyczny. Cofamy się niemal o 10 lat, gdyż pierwotnie album  Roots And Wire wydany został w 2008 roku. Szmat czasu! Na półki sklepowe trafił ponownie kilka miesięcy temu, dokładnie 10 marca i jednogłośnie należy przyklasnąć tej decyzji. A oprócz klaskania warto też zaopatrzyć się w egzemplarz wydany na czarnej płycie. Czy to klasyk? Nawet, jeśli jeszcze nie, to ma wszystko, aby nim się stać.

 

Nie taki dub straszny

Deadbeat czyli Scott Monteith to bardzo doświadczony producent. Jego pierwsze, oficjalne wydawnictwo pojawiło się w 2000 roku, jednak za początek kariery uznaje się rok 1998.
Początkowo mroczne, dronowo-ambientowe brzmienia przez lata ewoluowały w mocniejszą stronę, aby obecnie określać artystę jako twórcę muzyki w stylu dub techno. Łatwo obliczyć, że album
Roots And Wire przypada mniej więcej na półmetek jego dotyczasowej przygody producenckiej, a w mojej opinii jest jednocześnie najlepszym, jakie Monteith wypuścił w świat.

deadbeat roots and wire mamy to na winylu

Bez obaw, nazwa dub techno brzmi groźniej, niż jest w rzeczywistości. Powiedziałbym nawet, że jeśli ktoś nie rozróżnia poszczególnych sub-gatunków czy gałęzi techno i spodziewa się srogiego łupnięcia, to się rozczaruje. Dub techno to bardzo sprytne wyważenie pomiędzy ciężkim brzmieniem, a delikatnym pląsem, jaki charakteryzuje dub. Naleciałości z reggae, choć wyczuwalne, są raczej subtelne. Dowodem na to jestem ja, który muzyki reggae zwyczajnie nie lubię, a w przypadku Roots And Wire tylko raz ukłuła mnie w uszy i to nie za sprawą dźwięków, a charakterystycznego wokalu.

Wspomniany wokal pojawia się w pierwszym i ostatnim nagraniu. Rozpoczynające płytę Rise Again jest zdecydowanie lekkostrawne, wokal nie przeszkadza, podkład robi swoje. W przypadku ostatniego Babylon Correction przyznam się bez zbędnych tortur – nie słucham tego kawałka.
Jeśli jednak ktoś jest fanem reggae, to z chęcią się pobuja.

 

Niech się trzęsie!

Trzon albumu stanowią nagrania reprezentujące zarówno lżejsze, jak i mocniejsze oblicze dub techno. Droga, jaką przebywa słuchacz, to takie małe trzęsienie ziemi. Po spokojnym wstępie sytuacja delikatnie rozpędza się w tytułowym Roots And Wire, wskakuje na wyższe obroty w kapitalnym, klubowym Xberg Ghosts, a następnie eksploduje w energicznej miksturze bębnów Groundation, stanowiącego swoiste epicentrum mojej wyimaginowanej przenośni. Kolejne utwory to zauważalne uspokojenie, transowy dub, wyciszenie klimatu. Później jeszcze Sun People, który również charakteryzuje się sporą zawartością instrumentów perkusyjnych i membranofonów, ale nie niesie tak potężnego ładunku, jak nasze “epicentrum”. Czyżby wstrząs wtórny? Pasuje idealnie.
Ostatni utwór pomijam…

deadbeat roots and wire mamy to na winylu

Album kończy się bardzo szybko, mając na liczniku nieco ponad 40 minut (w sumie jest ich niemal 50, ale znów… ostatni utwór pomijam). Wydawca nie starał się na siłę upchnąć materiału na jednej płycie, choć to oczywiście byłoby możliwe przy założeniu, że optymalna długość jednej strony w 12” to mniej więcej 23-24 minuty. Tutaj mamy natomiast idealny podział po dwa nagrania na stronę, co daje nam dwie czarne płyty.

Może spodoba Ci się:

KUBA SOJKA – Odliczanie trwa

YakRecords poleca: trzy albumy, trzy światy

TIM ENGELHARDT – Moments Of Truth

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Zapisz się do newslettera, aby zawsze być na bieżąco!

Zero spamu!

Tylko powiadomienia o nowych postach.