PIOTR BEJNAR – Album

Ależ się ostatnio sporo ciekawych płyt pojawiło! Powiedziałbym, że człowiek nie ma kiedy się im dokładnie przyjrzeć i niektóre trzeba traktować “po łebkach”. Jednak w moim przypadku taka zabawa nie wchodzi w grę, więc niektóre albumy zwyczajnie odkładam na później. Nie dlatego, że mniej od nich oczekuję, ale wręcz na odwrót – chcę skupić na nich całą uwagę. A jakże się człowiek stresuje i niecierpliwi, kiedy inni już coś tam szeptają, piszą, wystawiają oceny i kleją recenzje.
Album tak właśnie leżał i czekał, w sumie niedługo, bo nieco ponad tydzień. To jednak sporo biorąc pod uwagę, że miałem na niego ogromną ochotę…

 

– Na co czekałem, a co dostałem –

Oczekując na Album określiłem kilka kwestii, które brałem za pewniaki. Przede wszystkim wiedziałem, że w Otake Records nie wyjdzie na winylu żaden chłam nawet, gdyby sam David Guetta wypuszczał u nich singla. Druga rzecz – spokojny byłem o jakość utworów, bo Piotr Bejnar to taki sam w sobie chodzący znak jakości. Rzucam pamięcią wstecz: Animal Multiform, Nie Chrap Marek, Buja Beja czy She’s Crazy. Na każdym wydawnictwie, niezależnie od tego czy to singiel, czy EPka, był jakiś sztos i tyle. Kropka.
No i w końcu teaser, Nie ma Matusza, czyli singiel poprzedzający longplaya – zapowiadał zwolnienie tempa, ale nadal kusił znakomitym klimatem i w pewnym sensie potwierdzał, że będzie dobrze i nie ma się co martwić.

PIOTR BEJNAR - Mamy to na winylu

Szybki rzut oka na okładkę: można ją poznać z daleka.
Sprawdzam spis na drugiej stronie: jest Mateusz, którego nie ma. Jellyfish (z Baaschem, będzie ok), Krystyna Czubówna (rap?), Mzesumzira (co?), Pachniesz (z) Weroniką Dziedzic (to przesłucham jako pierwsze!). Trochę żartuję oczywiście, ale pierwsze spotkanie z tracklistą to już jakieś ciekawe emocje! Postanowiłem mimo wszystko trzymać się mojej zasady odsłuchu, którą stosuje w przypadku nie tylko albumów, ale także pojedynczych utworów. Brzmi ona: “Play i spadaj”. W skrócie: żadnego przesuwania, żadnego przeskakiwania, nie klikam, nie dotykam, nie przewijam, nie wracam.
Niech leci. Niech przekazuje, co ma do przekazania.

 

– Bądźmy poważni –

Po serii suchych żartów czas na kilka słów o Albumie, w dodatku tak całkiem na serio. Zacznę jednak od wniosku, który nasunął mi się już po kilkukrotnym przesłuchaniu płyty. Gdybym miał ją opisać jednym słowem, to wybrałbym: NIEOCZYWISTA.
Nic tu nie jest tak, jak zakładałem, jeśli chodzi o gatunkowość i stylistykę. Potwierdziło się oczywiście to, że mamy do czynienia z elektroniką z górnej półki. Znajdziemy też utwory, które w pewnym stopniu odnoszą się do wcześniejszych wydawnictw Piotrka Bejnara, mające zdecydowanie klubowy charakter. ALE zdecydowana większość materiału to zabawa, eksperymenty dźwiękowe, zaskakujące zabiegi i brzmienia. Paleta użytych ozdobników jest ogromna, nastrój przez nie tworzony jest magiczny.

PIOTR BEJNAR - Mamy to na winylu

Drugie określenie, które idealnie pasuje do Albumu, to ŚWIADOMY. Bo choć pełno tutaj wspomnianych ozdobników i wyskakujących znienacka “plumkań”, to jednocześnie czuć, że nie ma tu miejsca na przypadek. Wszystko zostało zwinnie zaplanowane i zapewne właśnie z tego powodu gra, jak należy.
Nie mówiąc już o świadomości, z jaką Bejnar zaprosił do projektu gości – wokalistkę Weronikę Dziedzic, Angelinę Nartowską (skrzypce), Kaspa (gitara) czy znakomicie znanych Baascha i Krystynę Czubównę. I tak, oczywiście każdy o tym wspomni w swojej recenzji, ale nie ma się co oszukiwać – Pani Krystyna jest równie zaskakującym, jak świetnie trafionym gościem.
Nie śmiem stwierdzić, że to wisienka na przysłowiowym torcie, ale zdecydowanie czyni z Albumu wydawnictwo ekskluzywne.

PIOTR BEJNAR - Mamy to na winylu

– Coś tu “skrzypi” –

Przesłuchałem album raz i drugi i wydawało mi się, że najlepiej “wchodzącym” mi kawałkiem jest Jellyfish z gościnnym wokalem Baascha. Przesłuchałem kolejnych kilka razy i doszedłem do wniosku, że Jellyfish jest nim dlatego, że nie potrafię zanucić Your Hope is Over There. Jest to całkowicie instrumentalny utwór, momentami nieco eksperymentalny, za każdym razem interesujący.
Kiedy już byłem pewien swego okazało się, że niezwykłe ukojenie znajduję w zamykającym płytę Twelve Kisses for Goodbye. Dopiero po pewnym czasie doceniłem emocje, które grając na skrzypcach przekazuje Angelina Nartowska. Jednocześnie jestem przekonany, że każdy może znaleźć swój “ładunek” w innym nagraniu i o to jestem spokojny. Album posiada wiele niespodzianek, zakamarków i przeróżnych smakołyków.


 

Może spodoba Ci się:

LEWIS JAMES – Megacholy

Kalipo i jego ośmiornica

DAPAYK & PADBERG – Harbour

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Zapisz się do newslettera, aby zawsze być na bieżąco!

Zero spamu!

Tylko powiadomienia o nowych postach.