LEWIS JAMES – Megacholy

Na rynku muzycznym w ostatnim czasie sporo się dzieje. Pojawiło się wiele dobrych albumów, niektóre z nich zdecydowanie trafią tutaj, na bloga, inne pewnie nie, ale i tak nie przejdą bez echa.
Taka sytuacja sprawia, że często te mniejsze, słabiej marketingowo rozdmuchane premiery pozostają po prostu niezauważone i tracimy w ten sposób całkiem smaczne kąski. Ale nie ze mną te numery! Nawet najbardziej czarujący album nie sprawi, że przestanę szukać czegoś innego. Nie pierwszy raz okazało się, że trafiłem na coś, co zdecydowanie mieści się ponad granicą o nazwie “ciekawa”. EPce Megacholy bliżej wręcz do półki “świetna”, a niektórzy spokojnie zaliczą ją do kategorii “ogień”.
Tak czy siak, warto podkręcić głośność. Ale uwaga – extreme bass inside!

Lewis James jest generalnie mało znanym człowiekiem, nie tylko w naszym kraju. Wydana sumptem holenderskiej wytwórni Lowriders Recordings Megacholy to trzecia/czwarta EPka artysty na przestrzeni czterech lat, przy czym pierwsze trzy pojawiły się w 2013 roku (oficjalne bio wskazuje na 2012 rok). Można więc stwierdzić, że Lewis odpoczął, posiedział, przemyślał koncept.
W tak zwanym międzyczasie nawiązał współpracę z artystą o pseudonimie Sleepin Giant, której wynikiem był album Disco Noir. Jesto to jednak zupełnie inny materiał, który zgodnie z nazwą, wisi gdzieś na gałęzi o nazwie disco. Megacholy to nie tylko zupełnie inna gałąź.
To inne drzewo, w innym sadzie.

Mamy to na winylu - Megacholy

Cały materiał trwa nieco ponad 14 minut i to jest właściwie jedyna zła rzecz, jaką można o nim powiedzieć. Oczywiście, to nie album długogrający, ale też nie mam na myśli długości utworów jako zarzutu do strony technicznej. Wyobraźcie sobie, że wchodzicie do świetnej restauracji, gdzie na Wasz stół trafia znakomity lunch. Nie obiad, nie kolacja, tylko lunch. Jest cudny, smyra Wasze podniebienie, pieści kubki smakowe i produkuje multum endorfinek. Zjadacie, jesteście zachwyceni, chcecie więcej. Ale to tylko lunch.
Tak jest z tą EPką. Byłoby super, gdyby zamiast 14 minut trwała 30. A najlepiej 60.
W sumie, to mogłaby być albumem. Takim na trzech płytach…

Te 14 minut Megacholy to w efekcie cztery bardzo dobre utwory. Łączą w sobie wpływy z dubstepu, drum and bassu, hip hopu i szeroko pojętej elektroniki. Brzmienie jest bardzo głębokie, momentami mroczne. Niskie tony ślicznie wibrują i trzęsą membranami. Początek w postaci utworu Judo bardzo mocno skojarzył mi się z nagraniami Jokera (nie mylić z tym od Batmana), ale to przecież taki dość mocno brytyjski styl. A Lewis James jest Irlandczykiem, więc wszystko pasuje. Gdzieś w połowie Judo staje się połamanym potworem, który sugeruje, że EPka może się teraz rozkręcać…

Mamy to na winylu - Megacholy

…co nie ma miejsca. Drugi Lomp ponownie zwalnia, a początkowe zamieszanie jest szybko uspokojone przez mocny i głęboki bas. Niski ton nadaje charakter całemu utworowi i osobiście zaliczam go do tych, które na imprezie trzęsą ciałem i ściskają żołądek. Dalej jest Spiller, który charakteryzuje się mocnymi akordami syntezatorów, oczywiście z basem w tle. W pewnym momencie wyłania się spod nich delikatna melodia i utwór nabiera nieco cech folklorystycznych. Bez przesady, rzecz jasna,
ale i tak jest to wyraziste brzmienie, a wieńczące całość jakby fleciki posiadają mimo wszystko ogromny urok.

Ostatni utwór, With You in Spiral, w mojej ocenie pasuje na zakończenie imprezy. Znakomicie posłużyłby za taki ostateczny ładunek, który wyciska ostatnie siły z garstki pozostałych klubowiczów. No i urywa się tak nagle… jak niejedna impreza 😉 Pomimo dojrzałości całego wydawnictwa, ten utwór znakomicie nawiązuje też do wcześniejszych wydań Lewisa. Niesie mocny, taneczny ładunek, podobnie jak np. Vesuvius z EPki Krakatoa.

 

Może spodoba Ci się:

Kalipo i jego ośmiornica

CLAP! CLAP! – A Thousand Skies

Sohn – Rennen

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Zapisz się do newslettera, aby zawsze być na bieżąco!

Zero spamu!

Tylko powiadomienia o nowych postach.