NAIBU – Corners

Finisz 2016 roku był, trochę dla mnie niespodziewanie, bardzo obfity w premiery albumowe z półki drum and bass. Żeby być bardziej dokładnym – są to premiery zdecydowanie warte uwagi i na dobrą sprawę trudno orzec, która z nich jest “naj”. To trochę jak ze stadem małych szczeniaczków, które turla się radośnie po trawniku i nagle zgodnie podbiega nam pod nogi. I nie ma możliwości, aby wybrać tego jednego do pogłaskania. Nie da się. Trzeba smyrać każdego. Nie mogłem więc wybrać jednego albumu, bo wszystkie były ciekawe. O kolejności zdecydowały sentymenty.

Wśród ostatnich wpisów na blogu pojawił się temat formacji Fourward, która reprezentuje mocniejszą odmianę połamanych brzmień. Będzie więc dobre dla równowagi i spokojności ducha, jeśli tym razem staniemy po drugiej stronie gatunku, zapoznając się z łagodnymi dźwiękami. Ich autorem jest pochodzący z Paryża Robin Leclair, który w branży muzycznej znany jest jako Naibu. A na warsztat idzie jego najnowsze dziecko, długogrający album Corners.

Naibu - Corners - Mamy to na winylu

Wspomniane wyżej sentymenty związane są z wcześniejszym albumem tego artysty, Habitat.
Była to pierwsza płyta jego autorstwa, która trafiła w moje ręce, w dodatku za jakieś nieprzyzwoicie małe pieniądze na jednej z wyprzedaży. Łatwo się domyślić, że bardzo przypadła mi do gustu i trochę ją maglowałem. Część z utworów pojawiła się nawet w mojej audycji, którą prowadziłem wówczas na falach radia PlanetaFM – tak bardzo przypasował mi ten materiał. Był to rok 2012:

Naturalnie przez lata, jak i przez kolejne trzy albumy, Naibu ewoluował i teraz lepsza jakość muzyki jest słyszalna. Nie oznacza to oczywiście, że wcześniejsze albumy są słabe czy zwyczajnie inne.
Nadal mamy ten sam charakter nagrań, subtelny bas, przeciągane smyczki i fantazyjne tła, powtarzane sekwencje wokali czy tekstów. Nagrania w dalszym ciągu sprawiają wrażenie niezwykle prostych w swojej budowie, jednak nie pozwalają traktować się jako nudne czy wybrakowane.

Postać Robina nie kojarzy się raczej z pojedynczymi sztosami, które do znudzenia królują na klubowych parkietach. Dla niektórych powyższe zdanie mógłbym nawet skrócić do: “Postać Robina nie kojarzy się raczej” 🙂 A zatem dla tych co kojarzą lub nie: można go określić mianem artysty,
dla którego najistotniejsza jest forma całego albumu, a nie poszczególnych jego składników. Słysząc jeden czy dwa utwory być może uda Wam się złapać “haczyk” i jakaś melodyjka zostanie w głowie
na dłużej. Zdecydowanie warto jednak poświęcić mu więcej uwagi, niż skromne 10 minut.
Album jest spójny, konsekwentny i bardzo zgrabnie przemieszcza się od początku do końca, sprawiając sporo satysfakcji słuchaczom.

Naibu - Corners - Mamy to na winylu

Słuchaczom, a nie DJom, jak w przypadku znacznej części producentów. Naibu sam przyznaje,
że jego muzyka nie jest skierowana na parkiety, nie jest dla DJów właśnie, tylko po prostu, dla muzyki, dla realizacji swoich pomysłów i wizji. W przypadku Corners chodzi o stworzenie mieszanki,
która łączy i czerpie ze wszystkich odmian drum and bassu, często odległych, znajdujących się na przeciwległych końcach “schematu”. Jest to też po części manifest namawiający do eksplorowania nowych zakamarków, szukania i znajdowania ciekawych rozwiązań.

Całość idealnie “wejdzie” Wam w wieczornym półmroku. Znakomicie nada się jako tło do pracy czy jako towarzysz podróży. Wersja winylowa to oczywiście jeszcze lepsze rozwiązanie, bo oprócz dźwięku dostajemy też piękny nośnik – album wydany został nakładem Horizons Music, a edycja limitowana to dwie śliczne, śnieżnobiałe płyty. Coś dla oka i dla ucha!

 

Może spodoba Ci się:

Etherwood – Blue Leaves

Fourward – fantastyczna czwórka

Kalipo i jego ośmiornica

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Zapisz się do newslettera, aby zawsze być na bieżąco!

Zero spamu!

Tylko powiadomienia o nowych postach.