Ninja Scroll – zdecydowanie ostre cięcie

Kiedy byłem dzieciakiem i rodzice kupili pierwszy odtwarzacz VHS, dostałem w pakiecie „Bolek
i Lolek na Dzikim Zachodzie”. Czarna skrzynka, która odtąd była jedną z moich ulubionych zabawek, dawała całkiem spore możliwości. Ów sprzęt okazał się bowiem magnetowidem, a więc nie tylko odtwarzał kasety VHS, ale także nagrywał, miał wbudowany tuner oraz funkcje programowania nagrywania. Ale czym jest strzelba, gdy nie ma się naboi? Na moje szczęście, w miasteczku kilka kilometrów dalej działała jedyna w okolicy wypożyczalnia kaset. I tak oto tata jechał i brał dla siebie kino akcji, mnie natomiast raczył bajkami.

Nigdy nie dociekałem czy po prostu nie wiedział, jakie bajki mi pożycza, czy może zwyczajnie nie chciał wiedzieć. Oprócz plejady dziecięcych gwiazd spod znaku Hanna-Barbera i naszych wspaniałych, rodzimych bajek, trafiały się też bajki egzotyczne. Była więc Mazinga, Kosmiczny Duch, Ulisses, mnóstwo innych serii z mechami i oczywiście G.I.Joe. Był też Ninja Scroll.

Ninja Scroll na winylu

Tę ostatnią pozycję należy jednak zdecydowanie oddzielić grubą krechą od pozostałych. Wtedy interesowały mnie tylko kolorowe obrazki, brutalność była elementem, na który jako dziecko nie zwracałem uwagi. A film to jest brutalny. Albo inaczej – jeśli miałbym w skrócie zareklamować Wam to dzieło anime (bo to dzieło jest, w dodatku kultowe), to użyłbym określeń charakterystycznych dla wielu współczesnych blockbusterów.

Wygląda to tak: akcja dzieje się w Japonii, bajka zrobiona jest przez Japończyków, a więc i klimat znany z tego rodzaju produkcji został zachowany. Wystarczy 10 minut, aby zobaczyć charakterystyczną kreskę, coś w rodzaju statycznej dynamiki, potyczkę na miecze i rzeźnię na miecze, latające kończyny, rozcięte głowy, lejąca się krew i frówające flaki. I cycki też. Biegają ninja, samurajowie, trup ściele się gęsto, a demony po zaspokojeniu rządzy mordu zabierają się za roznegliżowane panienki.

Ninja Scroll na winylu

Ninja Scroll na winylu

Trochę to brzmi, jak scenariusz reklamy Doritos na Superbowl, ale w rzeczywistości fabuła, klimat
i wykonanie stoją na bardzo wysokim poziomie. To w końcu jedno największych osiągnięć japońskiej animacji, które obok tytułów takich, jak Akira czy Ghost in the Shell, zdobyło rozgłos nie tylko w kraju, ale też w Europie czy USA.

Obraz to jednak nie wszystko, bo jest też muzyka. Anime charakteryzuje się tym, że choć w teori to bajki, to muzyka jest ich bardzo ważnym elementem. Podobnie, jak w przypadku hollywoodzkich hitów, tak i do filmów i seriali anime korzysta sięz usług cenionych kompozytorów.

W przypadku Ninja Scroll muzykę skomponował Kaoru Wada. Jest to tzw. score, a więc podkład muzyczny stworzony na potrzeby konkrentego filmu. Dla Kaoru był to w rzeczywistości początek kariery – pisząc muzykę dla tej produkcji miał 31 lat, a był to dopiero piąty projekt o takim charakterze. Dla kontrastu wspomnę tylko, że później zrobił muzykę jeszcze do trzydziestu pięciu dzieł mniejszych lub większych (za IMDB), a zapewne na tym nie poprzestanie.

Jaka jest muzyka w Ninja Scroll? Krótko pisząc – klimatyczna. Osobiście nie lubię takich produktów
z dalekiego wschodu, bo częściej mnie drażnią, niż ciekawią. Tutaj natomiast nie ma nic nachalnego. Pełno tu oczywiście charakterystycznych instrumentów, jak koto czy shakuhachi (tak myślę, brzmi jak flet), ale robią one niesamowitą atmosferę. Przy odrobinie wyobraźni można poczuć się dosłownie, jakby się było w feudalnej Japonii, chodziło w klapkach geta i uciekało przed upierdliwymi moskitami. Gdy jest spokój, coś sobie brzdęka. Gdy coś się zadzieje, coś skrzypnie, pisknie i ucichnie. A kiedy szykuje się rozróba, do akcji wkraczają bębny marszowe.

Ninja Scroll na winylu

A co tym winylem? Ninja Scroll na winylu pojawi się w limitowanej edycji 500 sztuk. Będzie ładny oraz – a jakże – klimatyczny, bo za oprawę graficzną zadbał Yuji Kaida – znany na całym świecie ze swoich grafik Godzilli. Winyl czerwony, soczyście krwisty, bo krew jest istotnym elementem tego obrazu. Kupować już można, ale wysyłka zacznie się 25 listopada. Z dobrych wiadomości – na pewno cena. Niecałe 23 dolary za takie piękne cacko o niskim nakładzie brzmi bardziej, niż rozsądnie.

 

Zobacz także:

Soundtracki z gier robią szum na winylu

Alien Day 2016

Batman v Superman OST

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Zapisz się do newslettera, aby zawsze być na bieżąco!

Zero spamu!

Tylko powiadomienia o nowych postach.