FLUME – Flume

W pierwszym poście, który pojawił się na tym blogu wspomniałem, że „wycofuję się” z polityki. Miałem oczywiście na myśli nieinteresowanie się tą dziedziną i dziś mogę przyznać, że jestem zadowolony z wytrwania w politycznym celibacie. Wszystko, co działo się od tego czasu brałem na dystans i sięgających mnie raz po raz ciosów zza koryta zwinnie unikałem. Niemniej jednak są takie wydarzenia, które choćby rykoszetem, ale jednak do mnie dotrą. Chodzi między innymi o nadejście nowego, które okazało się starym lecz lepiej uzbrojonym. Tutaj temat polityczny urywam i szybko przechodzę do rzeczy – takie odgrzanie kotleta przypomniało mi o jednej płycie, którą jakiś czas temu kupiłem, która jest zdecydowanie dobra, i która ponownie wróciła do mojego muzycznego obiegu. Różnica w stosunku do polityki polega głównie na tym, że w przypadku Flume kotlet po odgrzaniu smakuje wybornie, a kojarzy mi się też ze znacznie milszymi momentami, niż wystąpienia opatrzone znakiem brzozy. Robi mi się wręcz niezmiernie miło, że pisząc to wszystko, co widoczne będzie dalej, trafi się jeszcze okazja przesłuchać cały album. Pewnie z 5 razy…

FLUME - Flume

Flume (Harley Edward Streten) pochodzi z Australii i jest artystą młodego pokolenia. W 2012 roku wypuścił swój album zatytułowany po prostu Flume i udało mu się całkiem nieźle zamieszać na scenie muzycznej. Jeszcze rok wcześniej był raczej nieznany, a drzwi do wielkiej kariery otworzył sobie w zasadzie sam, wygrywając konkurs organizowany przez znaną wytwórnie Future Classic. Dzięki temu wstąpił w jej szeregi i jednym tchem wymieniany jest z innymi przedstawicielami labelu, na przykład George Maple, Flight Facilities, Panama czy Karma Kid. Harley w krótkim czasie poszedł też za ciosem i wystartował jednocześnie z innym projektem, współtworzonym z Emoh Instead’em. Jeśli przyrównać wcześniejszy album do pokazu sztucznych ogni (bo tak można go zobrazować), to projekt What So Not i kawałek Jaguar był tą kulminacyjną, ogromną petardą, która leci wysoko, wybucha spektakularnie i na jej widok wszyscy mówią „wooooow”.

FLUME - Flume

Wracając jednak do samego Fluma – jego pomysł na muzykę wydaje się być dość banalny, opierający się właściwie na kluczowych elementach. Mamy więc wyraźny rytm, przyjemne, zapadające w pamięć melodie i idealnie dopasowane partie wokali, które bynajmniej nie są wklejone na doczepkę. Wystarczy włączyć kawałek wspierany wokalnie przez Cheta Fakera– Left Alone, aby zrozumieć sedno współpracy artystów. Muzyka robi swoje, znakomicie prowadzi i napędza się, rośnie razem z tekstem i w momencie zakończenia pozostawia niedosyt, a właściwie rozczarowanie, że to już po wszystkim. Jest to poza tym ciekawy utwór, który emanuje jednocześnie smutkiem, jak i pozytywną energią. Takie to cudo, każdy z nas zna to uczucie. Mamy je na przykład, gdy leżymy zimą pod ciepłą kołdrą, w sobotę koło południa. Z jednej strony jest to niewątpliwa przyjemność, której jednak towarzyszy nuta niecierpliwości, bo przecież marnujemy nasz wolny czas. Albo mniej dramatycznie, gdy jemy ostatnią frytkę z zestawu –  z jednej strony raczymy nasze kubki smakowe, z drugiej smucimy się, że ta frytka to jest już ostatnia… (nie, nie udawaj, że to Ciebie nie dotyczy). Co wydaje się bardziej istotne – utwór ten przypadnie do gustu zarówno fanom elektroniki, jak i tym, którzy na co dzień raczej nie sięgają po tego typu brzmienia – sprawdziłem to osobiście.

Flume - Flume

Ogólnie twórczość Fluma jest bardzo pozytywna i charakteryzuje się oczywiście jakością wykonania. Niemniej jednak, nie było tak od samego początku. W jednym z wywiadów, cytowanych później chyba na wszystkich stronach, jakie znalazłem, Harley przyznał, że jego przygoda muzyczna zaczęła się w supermarkecie. Miał 13 lat, gdy na zakupach zobaczył opakowanie płatków Nutri-Grain. Jako bonus dla zabawy był do nich dołączony Andrew G’s Music Maker czyli namiastka programu do tworzenia muzyki. Nie ma się co czarować, kaliber tego narzędzia był raczej marny. To tak, jakby napisać, że Tiger Woods pokochał grę w golfa, gdy po raz pierwszy znalazł w lesie leżącą gałąź i zaczął nią machać po rosnących w zasięgu wzroku purchawkach.

Nie potrzebował do tego specjalnych butów i białej rękawiczki, tak jak dzieciak z Sydney nie potrzebował monitorów studyjnych i zestawu Korga, aby pokochać łączenie dźwięków. Wystarczyło, zaiskrzyło, chemia zrobiła swoje (a potem fizyka). Wspomniany nieco wyżej konkurs wytwórni Future Classic wygrał oczywiście produkując muzykę na zdecydowanie bardziej zaawansowanym oprogramowaniu, a jednym z utworów, które pozwoliły mu dokonać tego wyczynu, jest również obecny na płycie Sleeplessz udziałem Jezzabell Doran. Strach pomyśleć, jaki ten chłopak osiągnie efekt rozwijając się nadal w tak wysokim tempie. Mam natomiast nadzieję, że nadal dla muzyki Flumecharakterystyczne będzie to, iż słysząc ją wiemy, że to Flume.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Zapisz się do newslettera, aby zawsze być na bieżąco!

Zero spamu!

Tylko powiadomienia o nowych postach.