ETHERWOOD – Blue Leaves

Jakiś czas temu niedaleko miejsca, w którym mieszkam, pojawiło się kilka nowych knajpek. Dwie z nich zostały otwarte dosłownie na moim podwórku, a zatem tylko kwestią czasu było odwiedzenie ich i spróbowanie, co ciekawego mają do zaoferowania. Pierwszą z nich, razem z mą lubą, odwiedziliśmy dość szybko i choć nie urwała nam przysłowiowego tyłka, to zainteresowała na tyle, aby później powtórzyć wizytę. Druga jadłodajnia przez dłuższy czas czekała na nas, oślepiając mrugającym po nocach neonem. Strona fejsbukowa zapraszała pięknymi zdjęciami dań kuchni włoskiej, recenzje – te merytoryczne – nie pozostawiały wątpliwości: to jest miejsce, które pokocham, to jest jedzenie, którego będę pożądał, a wszystko razem wychwalał będę pod niebiosa i dziękczynnie rozsławiał pośród ludów tej ziemi. Wyszukanym daniem, na które się zdecydowaliśmy, była pizza, nawet nie pamiętam jaka. Była tak słaba, że omal nie została przekazana do zjedzenia jamnikowi (a on też wybredny, nie wszystko łyka, co się mu dostanie). Daliśmy co prawda radę ale jednocześnie zdecydowaliśmy, że więcej tam nogi nie postawimy i tak sobie myślę, że jeśli coś tam jeszcze kiedyś kupię, to Fritzkolę na wynos.

Piszę o tym dlatego, że nasze oczekiwania, napompowane przez fejsa, opiniotwórczych gości (być może znajomych) i pewnie także wygodnictwo były całkiem spore, a choćby gram z nich nie został spełniony. Podobnie wielkie oczekiwania były skierowane wobec drugiego albumu Etherwooda – Blue Leaves. Różnica polegała ma tym, że na ten album czekał cały drum and bass’owy świat, a nie tylko Śródka i poznańscy fascynaci żarełka na mieście. Ja sam płytę zamówiłem w przedsprzedaży, jakiś czas temu do mnie dotarła i teraz, po przerobieniu materiału, mogę co nieco napisać.

ETHERWOOD_1000_MTNW3

Najpierw kilka słów do tych z Was, którzy na co dzień nie są zainteresowani tym gatunkiem muzycznym lub po prostu go nie znają. Jeśli chcielibyście poznać brzmienie chowające się pod symbolicznym DNB, a dotychczas nie było Wam dane liznąć go w jakiejkolwiek formie, to wybór na pierwszy rzut właśnie Etherwooda będzie strzałem w dziesiątkę. Jest to zdecydowanie odmiana lekka, korzystająca z całej gamy klasycznych instrumentów, pełna całkiem zgrabnych wokali, brzmiąca ciepło i z lekka relaksacyjnie. Piszę o tym, ponieważ dla wielu osób drum and bass to po prostu sieczka o zawrotnej prędkości, która syntetycznymi brzmieniami stara się rozerwać głośniki, ściany i ośrodkowy układ nerwowy psa sąsiadów. I bas, który przestawia porcelanową zastawę u babci w kredensie. Prawda to, ale te cechy są charakterystyczne np. dla tak zwanego neurofunku. W przypadku Blue Leaves dominuje natomiast harmonia, ład i porządek. Brzdęka fortepian, przeciągają smyczki, jakiś wokal snuje się pomiędzy miłym, łaskoczącym, niskim tonem. A zatem krótko mówiąc – poznać warto.

ETHERWOOD_1000_MTNW2 Eherwood zadebiutował na rynku stosunkowo niedawno, bo w 2013 roku. Wtedy to światło dzienne ujrzał jego pierwszy album, zatytułowany po prostu Etherwood. Prędzej oczywiście pojawiały się jego nagrania, remixy czy EPki, a on sam grał np. partie gitarowe u Jakwoba. To jednak dzięki długogrającej płycie okazało się, że „wychowanek” Med School (label z UK należący do słynnego wydawnictwa Hospitality) stworzył coś, co pomimo swojej delikatności wstrząsnęło sceną muzyczną. Nie będzie nawet przesady, jeśli napiszę, że poniekąd stworzył swoje własne „odgałęzienie” gatunku i jeśli ktoś wyprodukuje coś podobnego, to można powiedzieć śmiało, że to w stylu Etherwooda jest. Z perspektywy czasu warto się zastanowić czy nie postawił sobie poprzeczki zbyt wysoko… Przypomina mi się historia z moich licealnych czasów, kiedy to mieliśmy pierwszą lekcję WF-u, w pierwszej klasie. Bieg na 1000 metrów, oczywiście nie byłem jakimś specjalistą, oczywiście trzeba było się pokazać wśród nowych kolegów, oczywiście dałem z siebie wszystko i oczywiście dostałem piątkę. Nigdy nie ukrywałem, że bieganie to jeden z tych sportów, w których sens widzę jedynie w sytuacjach praktycznych. Na przykład spostrzegając tramwaj podjeżdżający na przystanek… 400 metrów ode mnie… w sobotę… na mrozie… Co równie oczywiste, wyniku nigdy nie poprawiłem, ta piątka była jedyną w mojej karierze biegowej na 1000 metrów. Nie byłem sam, było nas wielu, przyjacielu.

ETHERWOOD2_1000

Etherwood wypuszczając pierwszy album zaserwował światu genialny materiał, wpadający w ucho i wyróżniający się czymś nowym, oryginalnym i po prostu świeżym, jak sok z marchewki. Tym razem fani spodziewali się zatem, że najprawdopodobniej nie uda się poprawić tego wyniku. Ja sam tak myślałem i faktycznie – miałem rację. Blue Leaves, pomimo kilku naprawdę dobrych numerów, pomimo pięknych wokali Zary Kershaw, Evy Lazarus i samego Eda (Ed Allen -> Etherwood), pomimo znakomicie brzmiących partii smyczkowych i fortepianowych oraz pomimo potężnej dawki klimatu nie jest w stanie przeskoczyć pierwszego albumu. Nie zmienia to natomiast faktu, że już od pierwszego utworu – Souvenirs (singla promującego wydawnictwo) zaczyna się coś pięknego, co jest warte każdej poświęconej mu sekundy. A poza tym posiadane przeze mnie wydanie winylowe jest piękne, dwupłytowe, zawiera wersję na CD i jest własnoręcznie podpisane przez artystę, o!

 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Zapisz się do newslettera, aby zawsze być na bieżąco!

Zero spamu!

Tylko powiadomienia o nowych postach.