MARIBOU STATE – Portraits

Wiecie, co ma wspólnego pyra z gzikiem, pięćset złotych w kieszeni i piosenka ulubionego wykonawcy? Ano to, że jedzenie pierwszego, posiadanie drugiego i słuchanie trzeciego powoduje uwalnianie się w naszym mózgu dopaminy, a więc dobrze nam znanego neuroprzekaźnika, który określamy mianem szczęścia. Jak o tym pomyśleć, to w sumie gatunek ludzki wie to nie od dziś, jednak dopiero niedawno wnioski z badań wyciągnęli i opisali kanadyjscy uczeni. Jeśli chodzi o psychologię, przypisuje ona muzyce takie ciekawe cechy, jak wspomaganie efektywności, pozytywne wpływanie na koncentrację (osiąganie tzw. Optimum) czy wprowadzanie w konkretne samopoczucie. Na koniec moje ulubione: stymuluje ciekawość i chęć poznania świata, co w efekcie podnosi naszą sprawność intelektualną. Po drugiej stronie mapy japońscy naukowcy stwierdzili, że nawet słuchanie smutnej muzyki może wywoływać u ludzi pozytywne emocje. W pewnym stopniu tłumaczy to, dlaczego słuchając Portishead nie płaczę w kącie, tylko wręcz przeciwnie zyskuję pozytywnego kopa.

Działa to rzecz jasna w obie strony – słuchając na przykład radosnych kawałków Edyty Górniak bardzo często robi mi się źle, smutno i generalnie przygnębiająco. Nieistotne… Cały powyższy tekst o odczuciach i nastawieniu i całym tym pozytywnym chłonięciu dźwięków nie jest przypadkowy. Trafił mi się bowiem na wosku bardzo ciekawy, niezwykle pozytywny i  naładowany energią album, a każde jego odtworzenie powoduje coś, co najtrafniej opisują słowa przeboju śpiewanego przez Ninę Simone: „Feelin’ Good”.

MARIBOU2_1000
Podążając dalej tym tropem, odsłuchanie bohaterki tego wpisu – płyty Portraits autorstwa Maribou State, można zobrazować innym fragmentem nieśmiertelnego przeboju nieśmiertelnej Niny: „I put a spell on You, ‘Cause you’re mine”. Co się bowiem dzieje? Album po prostu porywa, obezwładnia, kradnie nasz czas i produkuje tyle wspomnianej na początku dopaminy, że aż uszami wycieka. I nie chodzi mi o euforyczne trzęsienie się w tanecznych spazmach, jakby się przyjęło podwójną dawkę podejrzanego specyfiku. Nie napiszę Wam, jak ta płyta zadziała na Was. Mnie natomiast uspokaja, rozluźnia, nastawia optymistycznie do wszystkiego. Co więcej – rzadko zdarza się, abym powstrzymywał się od słuchania jakiejś płyty w obawie przed tym, że mi się znudzi. A tak jest w tym wypadku. Chris Davids oraz Liam Ivory, którzy są głównymi składnikami projektu Maribou State, przygotowali naprawdę solidną dawkę emocji i zamknęli ją w znakomicie dopieszczonych brzmieniach. Podczas swojej kariery współpracowali z takimi artystami, jak Pedestrian, Holly Walker czy Jono McCleery, a efekty ich wspólnych starań są słyszalne właśnie na debiutanckim, długogrającym albumie Portraits.
MARIBOU_1000_MTNW3
Bardzo ogólnie mówiąc najczęściej znajdziecie ją w kategorii house, jednak nie należy tego traktować zbyt dosłownie. Owszem, są to mniej więcej takie rytmy, ale jeśli kiedyś byliście na imprezie house’owej w, powiedzmy, pospolitym klubie, to Wasze oczekiwania nie do końca zostaną spełnione. Można powiedzieć, że Panowie czerpią nieco z klasycznych brzmień i zestawów oldschool’owych dźwięków, w jakiś sposób je unowocześniając. I jeszcze raz – choć to house niby, to często brzmi jak trip-hop, choć to ponoć taneczne, to czasem jednak bit ledwo wyczuwalny. Bardzo często natomiast utwory „zawieszają się”, pauzują i tworzą bardzo miły, delikatnie magiczny klimat. A czasem nagle wybuchają i ożywiają ten błogi stan. Właściwie można posunąć się do stwierdzenia, że cały album jest dość popowy, łatwo przyswajalny i spodoba się osobom, które w muzyce szukają tylko chwytliwych, melodyjnych zawijasów. Oczywiście nie sprawia to, że zabrakło tu bardziej eksperymentalnych utworów, a flagowym przykładem może być nagranie Wallflower, czerpiące z elektroniki, lekko jazzowych wariacji i ładunku charakterystycznego np. dla produkcji soundtrackowych. Nie jest to singiel albumu, nie ma teledysku, ale to chyba jeden z najjaśniejszych punktów playlisty.
MARIBOU_1000_MTNW2
Zastanawiam się, dlaczego w Polsce tak mało się mówi o tym projekcie. Na pierwszy rzut oka wygląda to tak, że panowie są znani, że ich ostatnia EPka przyjęła się dobrze, że oczekiwano dobrego albumu, a kiedy już się pojawił… względna cisza. A przecież dobry jest! Być może to tak, jak z książkami, że najlepsze wcale nie są te na półce bestsellerów, albo z menu w restauracji, że promuje się to, co modne, a nie to, co w karcie najsmaczniejsze. Albo z lodami… wielki szyld „super tradycyjne o smaku Kinder bueno z m’n’m-sami i polewą z diabli wiedzą czego”, a najlepsze, śmietankowe, gdzieś na końcu małymi literkami. No nie jest tak? Mam wielką nadzieję, że Maribou State jeszcze jakoś się rozniesie i będzie można ich posłuchać w naszym kraju (w tym momencie z wielką nadzieją czekam na line-up przyszłego Taurona…). Ostatnio gościli u nas co prawda na Audioriver 2014, ale to było jeszcze zanim światło dzienne ujrzał opisywany tutaj, świeży materiał.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Zapisz się do newslettera, aby zawsze być na bieżąco!

Zero spamu!

Tylko powiadomienia o nowych postach.