VENTER – Venter LP

Piąty raz piszę ten wstęp, bo dotychczas zawsze mi się nie podobał. Tym razem rzeczowo: miało być o czymś innym. Notka miała dotyczyć innego wydawnictwa, innego wykonawcy, nieco innej półki muzycznej. Stało się jednak tak, że wyszedł ten oto winyl i nieco pomieszał mi szyki. Bezpardonowo zwrócił na siebie uwagę, połechtał wyobraźnię i przekonał do siebie w prostym, szaroburym wydaniu. Co więcej – jest znakomitym dowodem na to, że „inny” może znaczyć „świetny”, że w Polsce tworzy się ambitną muzykę elektroniczną wysokich lotów oraz, że można ją wydać, promować i – czego życzę artystom – z niej żyć. Ponadto można ją robić po swojemu, według swojego planu i sobie tylko znanej wizji, zapominając o całej procedurze „powinno być tak”, „trzeba w stylu tego” czy „musisz to zmienić, bo się nie sprzeda”. Ten album to kawał dobrze wykonanej roboty, która charakteryzuje się niebanalnym brzmieniem i zaskakującym klimatem. „Klimat” to właściwie idealne słowo, którym możemy opisać całość materiału. Klimatu jest w nim pełno, aż po ostatnie wytłoczone rowki.

Duet Venter, czyli Tomasz Mreńca i Tomasz Bednarczyk, rozpoczął swoją działalność w 2014 roku, a pierwsze wydawnictwo (Venter EP) pojawiło się oficjalnie we wrześniu, niemal rok temu. Projekt nowy na scenie, ale jego składowe bynajmniej – Bednarczyk ma na swoim koncie już kilka albumów eksperymentalno-ambientowych, natomiast Mreńca gra na skrzypcach, komponuje muzykę klasyczną i jazz.

Nie będę udawał specjalisty – nie słyszałem o nich prędzej, nie było mi też z różnych względów dane usłyszeć ich debiutanckiej EPki, a drugą (Lost EP) usłyszałem dopiero przy okazji zapoznawania się z najnowszym albumem. Moja nieznajomość materiału Venter-a miała zresztą dość fajny plus: nie wiedziałem czego się spodziewać. Z tego względu pierwszy odsłuch kojarzył mi się ze szczeniakiem, który pierwszy raz w życiu widzi śnieg… nie wie co to, nie wie skąd to, ale fajne to i sprawia frajdę. U mnie było podobnie (z płytą, nie ze śniegiem), choć słuchanie zacząłem od środka, jeszcze przed zakupem, no bo musiałem sprawdzić z czym to jeść. A zatem haczyk był w postaci utworu Fire, który powstał we współpracy z innym, nieco bardziej znanym mi artystą: Baashem. O samym utworze więcej za chwilę, gdyż chciałbym zachować, że tak to nazwę, kolejność zdarzeń na albumie. Tak właśnie, kolejność.

VENTER Venter LP

Venter LP z technicznej strony podzielone jest na dwie części, co wynika z faktu, że winyl ma dwie strony. Chcąc – nie chcąc wyszło to jednak całkiem zgrabnie. W moim odczuciu strony te różnią się od siebie przekazem oraz dynamiką utworów, nie spotkacie tutaj zwyczajnego wymieszania utworów jednych z drugimi. Płyta zaczyna się od kawałka Glimmer, który dokładnie tak brzmi, jak się nazywa. Mniej więcej do połowy albumu budzimy się, dźwięki pomaleńku narastają, spokojnie snując się swoimi drogami i wzajemnie uzupełniając. Brzmi jak opis tantry, ale usłyszycie i zrozumiecie.

Nie jest niezwykłe to, że niemal cały czas przewijają się w głośnikach dźwięki skrzypiec. Wykorzystanie ich jest niemal obowiązkiem, jeśli połowa duetu umie na nich grać. Ale, ale – nie spodziewajcie się skocznych fragmencików rodem z muzyki house czy odgrywania głównych ról w stylu Lindsey Stirling. Liczne filtry, efektory i zapewne kunszt artystów sprawia, że usłyszycie tu najróżniejsze oblicza tego instrumentu, od dramatycznych partii po delikatne tło pulsujące jakby od niechcenia. Całość nieco budzi się w drugiej części i wówczas odczuć można większy ładunek energii, po początkowym „lenistwie” i relaksacyjnym odsłuchu nagle można przyłapać się na bujaniu, tupaniu nogą czy nawet podśpiewywaniu, co w przypadku niemal całkowicie instrumentalnego albumu jest dość zaskakujące.

VENTER_1000_MTNWWspomnianą na końcu poprzedniego akapitu kolejność zdarzeń interpretuję zatem następująco: Glimmer I, Beneath, Aware, Moon – przebudzenie, leniwe przeciąganie się i relaks wprowadzający w bardzo dobry, pozytywny nastrój. City of Spring – przyspieszenie względem pierwszej części, ale będące dopiero zapowiedzią tego, co za chwilę. Fire – napomknięty wcześniej singiel z udziałem Baasha, chyba idealny numer do promocji płyty na płaszczyźnie klubowej. Nieco odstający od reszty nagrań, ale bynajmniej nie drażniący. Na swoim przykładzie potwierdzam, że potrafi przekonać do zainteresowania się płytą. Lovers Sex – jeden z lepszych kawałków w mojej opinii, kojarzy się z… tym, z czym kojarzy się Wam tytuł Lovers Sex. Od początku do końca. Dosłownie. W nim też przypada… szczytowanie całego albumu, po którym następują Brixton oraz Glimmer II – uspokojenie, wyciszenie i błogie zakończenie. O wszystkich utworach można by napisać znacznie więcej, ale nie po to piszę o albumie, żeby rozkładać go na części pierwsze jak stary telewizor. Żeby poczuć przekaz i autentyczną radość z muzyki musicie po prostu posłuchać jej sami.

Zobacz też:

Howling – Sacred Ground

Banks – Goddes

Maribou State – Portraits

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Zapisz się do newslettera, aby zawsze być na bieżąco!

Zero spamu!

Tylko powiadomienia o nowych postach.